czwartek, 5 stycznia 2017

Gran Canaria od kuchni

Wiem, że już początek stycznia i trochę odwlekałam dodanie wpisu, ale pomijając ten fakt stwierdzam, że podróże listopadową porą na ciepłe wyspy nie są takie złe. Tym razem wywiało mnie na Gran Canarię - jedną z Wysp Kanaryjskich. Troszkę witaminy D przyswoiłam, odpoczęłam, błogo się poleniłam i całkowicie odcięłam od wszystkich obowiązków, które mam w Polsce (a ostatnio mam ich naprawdę sporo, więc masz babo placek, teraz ogarniaj życie). Nie będę pisała o doznaniach turystycznych, tylko kulinarnych, ale jeżeli ktoś z Was rozważa podróż na Wyspy, chciałby o coś zapytać, to zapraszam do kontaktu. 


Zdjęcia w większości robione telefonem, bo nie było warunków na wyjmowanie aparatu i świrowanie z aranżacją, ale mam nadzieję, że to wystarczy: 

Mój mały raj - mieć drzewko pomarańczowe pod domem. Dla nich, to tak jak dla nas jabłoń, więc generalnie nie ma czym się tak bardzo zachwycać... jednak ja zazdroszczę! :D

Tu z kolei drzewko oliwkowe - na targowiskach często można spotkać świeże oliwki na wagę, jednak z tego co wyczytałam nie warto jeść ich na surowo, są bardzo gorzkie. Najlepiej jeść je po odpowiedniej obróbce technologicznej. 



Krzaczki z rozmarynem w losowych miejscach, why not? :) 


Papas arrugadas con mojo rojo - ziemniaczki w mundurkach w soli morskiej z dodatkiem sosu na bazie papryki (mojo rojo, to wersja pikantnego, lekko ostrego sosu). Serwuje się to w prawie każdym lokalnym barze, punkcie gastronomicznym i nawet w sklepie. Całkiem dobre, ale to tylko ziemniaki z sosem - przydałby się nieco bardziej treściwy dodatek. 



Tuńczyk - co kto lubi, ale szału nie było, choć wygląda mega apetycznie. To akurat nie mój obiad, ale spróbowałam - w subiektywnej mojej ocenie rybka plasuje się na niskiej pozycji. Kupiłam tuńczyka z puszki do Polski i ku mojemu zdziwieniu, tak jak nie lubię wszelkich potraw z tuńczykiem, tak tamtą puszkę mogłabym zjeść z samym chlebkiem. 


PRZE-PY-SZNA sola! Nic dodać, nic ująć


Raz zamówiłam sobie rybkę, która niestety była mrożona (kelner bez zawahania powiedział jak wygląda sprawa, nic nie ukrywał, nie kombinował, ale się uparłam i zamówiłam). Dobra, treściwa rybka.


A do obiadku przepyszne koktajle. Mój oczywiście z zieleniną, a konkretniej ze szpinakiem, brokułem, mango, ananasem. Każdego smaku próbowałam i każdy był wspaniały. Owocowe produkty mają naprawdę obłędne.




Z drzewka mandarynkowego! 


Awokado - ciężko mi coś o nim napisać, gdyż samo w sobie nie jest intensywne w smaku, ale wersja kanaryjska bardzo dobra, bardziej wyrazista. 

Karambole - w smaku jak połączenie śliwki z winogronem. Wersja dojrzała jest przepyszna, po przekrojeniu owoc ma kształt uroczych gwiazdek. W supermarketach niejednokrotnie widziałam karambolę za kilka złotych, wiec jak upolujecie jakąś promocję, to polecam spróbować (karamboli nie powinny spożywać osoby z chorymi nerkami, gdyż metabolity jej rozpadu mogą gromadzić się w narządzie, powodując nawet zagrożenie życia, ponadto zawiera sporo szczawianów). 


Smoczy owoc - Pitahaya. Nie jest to owoc uprawiany na Wyspach Kanaryjskich, ale ogólnodostępny na prawie każdym bazarze. Wygląda ładniej niż smakuje. Taki ładny, a taki mdły i w zasadzie bez smaku. Ale do dekoracji jak znalazł:






Banany mają małe, ale smaczne. Lepsze spotkałam na Malcie, ale te plasują się na drugim miejscu. Żałuję, że nie miałam okazji pozrywać bananów na kanaryjskiej plantacji :( 



No bez porównania lepszy niż w Polsce!




A to są owoce kaktusa. Te ze zdjęcia w smaku były średnie, mało wyraziste, ale wersja czerwonych owoców na plus - orzeźwiające, lekko cierpkie, ale zarazem słodkie.


Churros - typowy, hiszpański przysmak. Zazwyczaj jada się go z czekoladą, ale tutaj zamówiliśmy wersję na wynos, bez dodatków. Przygotowywane są z pszennego ciasta, smażone na głębokim tłuszczu - w smaku nieco podobne do naszych pączków. 

Kawa cortado ze słodzonym, skondensowanym mlekiem. Takie proste połączenie, a całkowicie zmienia smak kawy. Posmakowało mi na tyle, że czasem uskuteczniam tą recepturę w domu (na Gran Canarii jest plantacja kawy, zatem prawie codzienna kawa zakupiona w pobliskim punkcie gastronomicznym, musiała być zaliczona!). 


Na Gran Canarii jest dużo kóz, a zatem i śmierdzących kozich serów. Te z ciemną skórką dla mnie były niezjadliwe, wersja biała z kanaryjskimi pomidorkami - super!  



Paella - powszechne, hiszpańskie danie z ryżem i owocami morza. Podawana zazwyczaj jest na patelni, ale ta zakupiona została w jednym z miejscowych baro-restauracji (nie wiem jak to nazwać, bo na restauracje było to miejsce za mało wytworne, ekskluzywne? a na bar za bardzo restauracyjne :)). Owoców morza nie lubię, więc posłużę się opinią koleżanki: ''Jest poprawna''. 


Omlet z hiszpańskim chorizo. Pyszotka! 




Lokalne alkohole: piwo Tropical w wersji cytrynowej na plus, zaś ten zwykły, chmielowy taki sobie. Wina oczywiście wyborne, dość mało pokosztowałam, ale nie trafiłam na żadne niesmaczne. Na końcu specjały z kanaryjskiej wytwórni rumu i likierów. Mocne, ale smaczne! Gdzieś tam z tyłu na ostatnim zdjęciu wyłania się wino z lemoniadą - często kupowane przez turystów, choć jest to jedno z najtańszych wyrobów alkoholowych na Wyspach:







1 komentarz:

  1. witam, a moze tak jakies pomysły na wersje tych dań w formie light ?

    OdpowiedzUsuń